Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2007

Z codzienności życia

Otóż wydarzyło się... oddałem buty do reklamacji - sukces, bo zrobiłem to dosyć szybko złożyłem wniosek o nowy dowód -sukces, czekałem zaledwie pół godziny (w tym 20 minut aż zapali się światełko po wyjściu dwóch petentów z pokoju w USC) pojechałem na egzamin poprawkowy - o sukcesie tu nie napiszę, po prostu nie zmieniło się nic (prawdopodobnie w plecy :( ), głupi jestem i leniwy rozpocząłem kurs fotografii cyfrowej - może być nawet fajnie popsułem pokrętło przy wannie - w sumie samo odpadło (zmęczenie materiału) video wkręciło mi jedną kasetę - zobaczymy czy da to się coś z tym zrobić... oby kupiłem skrzynkę narzędziową i różne bzdury, w sumie lubię kupować różne rzeczy Czyli w sumie nic ciekawego się nie wydarzyło, nic budującego przynajmniej. Jest jednak coś co trzyma moją osobowość jako tako w całości,  ktoś niesamowity... Osoba, która swoją obecnością w moim życiu dodaje szczyptę prawdziwego szczęścia. Osoba, z którą chcę dzielić moje dni, tylko czuję, że czasem jestem taki nieczu...

Rozmowa z ....

Żartujesz chyba sobie z życia koleżko. Nie masz żadnych ambicji, wszystko masz gdzieś, co ty robisz? Żyję. Ty to nazywasz życiem. Czy, aby nic Tobie w głowie się nie pokiełbasiło? Czemu nie biegasz? Inni już dawno Cię wyprzedzili, czemu nie nadążasz? Nie chce mi się. Nie lubię biegać. Czy ty w ogóle przejawiasz jakąś inicjatywę? Czy stworzyłeś ostatnio coś kreatywnego? hmmm... nie wiem.... No widzisz, to chyba na tyle... Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa O widzę, jakiś opór, w końcu się postawiłeś. To ciekawe, dawno nic takiego u Ciebie nie zauważyłem? To dlatego, że znam Ciebie... Dlatego, że znasz mnie postawiłeś się, czy dlatego, że znamy się ja nie zauważyłem Twojego rozpychania się łokciami? Nie udawaj, że nie wiesz o czym do ciebie mówię. Już myślałem, że jest jakaś nadzieja... a może jednak potrafisz inaczej? Może potrafisz przeciwstawić się nieznanemu? Wolę nie ryzykować, tak jest dobrze. Dobrze jest nie starać się? Nie wychylać, nie walczyć? Ty chyba żartujesz? Czy ja...

...

Wszystko można spieprzyć w parę sekund, w czasie krótszym niż zajmuje przeczytanie tego tekstu. samodestrukcja ... okropne słowo... Po prostu głowa mnie dziś boli ... nie chce mi się nic ... mam chandrę (?) ... nawet pisać tego posta mi się nie chce ... ale coś zrobić musiałem żeby choć trochę poczuć się lepiej ... nie pomogło

Na nowym miejscu...

No więc... co się zmieniło. Otóż przeprowadziłem się. Mam w końcu stały dostęp do internetu, Auchan po drugiej stronie ulicy, Biedronkę 3 minuty od mojego bloku, Tesco i kilka innych sklepów w pobliżu, więc jest całkiem nieźle. Tak sobie siedzę i kombinuję, że pogląd jakoby kobiety były bardziej uzależnione od zakupów jest błędny... gdybym miał więcej kasy, to bym wszystkich to udowodnił. Samopoczucie... Ostatnio trochę kiepsko, a dzisiaj od rana głowa mnie boli, wczoraj też nie było lepiej. Psychicznie też chyba stoję nie najlepiej, ostatnio nawet z Gosią się pokłóciłem, bez sensu totalnie, po co się kłócić... Z zadziwiających rzeczy, dla niektórych pozytywnie, jest to, że budzę się o 6 rano i w zeszłym tygodniu największym moim spóźnieniem do pracy były 3 minuty jednego dnia. Jestem w szoku. Sam z siebie budzę się o 6, a gdy próbuję jeszcze zmusić się do snu to nie mogę, a w pracy to zasypiam siedząc na krzesełku. Na tą chwilę to może tyle.

Po długim czasie...

Od ostatniego posta wiele się zmieniło... Przeniosłem się do Warszawy, zacząłem pracę w redakcji pewnego wydawnictwa komputerowego i mogę przytulać moją ukochaną częściej niż rok wcześniej... No może za wyjatkiem wakacji kiedy to jest na odwrót ;).... Chyba stałem się trochę mniej zgorzkniały, nie mam naleciałości poprzednich lat... jedyne co mi pozostało to męka na studiach, ale jakoś daje radę. Jeździłem prawie co tydzień z Warszawy do Grudziądza w czasie roku akademickiego, aby następnego dnia zrywać się czasem o 6, czasem o 8, aby jechać do Gdańska. Później powrót do Grudziądza i następnego dnia ta cholerna 5 rano... No cóż trzeba było wstać i gnać do Gdańska (dosłownie gnać - dobrze, że mamy dobrego kierowcę ;)) Ale... polubiłem to. W weekend robiłem pomiędzy 800 a 1000 km, no w październiku zdarzało się tylko 600 (tylko wtedy gdy zajecia były w Grudziądzu). W pierwszym semestrze miałem 16 zjazdów, w drugim 10-11, więc śmiem twierdzić, że napewno (pisze się razem czy osobno, bo ni...