Od ostatniego posta wiele się zmieniło... Przeniosłem się do Warszawy, zacząłem pracę w redakcji pewnego wydawnictwa komputerowego i mogę przytulać moją ukochaną częściej niż rok wcześniej... No może za wyjatkiem wakacji kiedy to jest na odwrót ;)....
Chyba stałem się trochę mniej zgorzkniały, nie mam naleciałości poprzednich lat... jedyne co mi pozostało to męka na studiach, ale jakoś daje radę. Jeździłem prawie co tydzień z Warszawy do Grudziądza w czasie roku akademickiego, aby następnego dnia zrywać się czasem o 6, czasem o 8, aby jechać do Gdańska. Później powrót do Grudziądza i następnego dnia ta cholerna 5 rano... No cóż trzeba było wstać i gnać do Gdańska (dosłownie gnać - dobrze, że mamy dobrego kierowcę ;))
Ale... polubiłem to. W weekend robiłem pomiędzy 800 a 1000 km, no w październiku zdarzało się tylko 600 (tylko wtedy gdy zajecia były w Grudziądzu). W pierwszym semestrze miałem 16 zjazdów, w drugim 10-11, więc śmiem twierdzić, że napewno (pisze się razem czy osobno, bo nigdy nie pamiętam) przejechałem długość połowy równika.
W ciągu tego czasu (od ostatniego wpisu) wiele się wydarzyło. No cóż zawsze wydawało mi się, że jestem samotnikiem i mimo, że 70% mnie zostało przystosowane do radzenia sobie samemu, to jednak te 30% działające w grupie czasem porządnie daje się we znaki.
Dobrze, że chociaż od czasu do czasu mogę przytulić moją Gosię, bo inaczej ciężko by było ze mną...
To chyba na dzisiaj skończę....
Chyba stałem się trochę mniej zgorzkniały, nie mam naleciałości poprzednich lat... jedyne co mi pozostało to męka na studiach, ale jakoś daje radę. Jeździłem prawie co tydzień z Warszawy do Grudziądza w czasie roku akademickiego, aby następnego dnia zrywać się czasem o 6, czasem o 8, aby jechać do Gdańska. Później powrót do Grudziądza i następnego dnia ta cholerna 5 rano... No cóż trzeba było wstać i gnać do Gdańska (dosłownie gnać - dobrze, że mamy dobrego kierowcę ;))
Ale... polubiłem to. W weekend robiłem pomiędzy 800 a 1000 km, no w październiku zdarzało się tylko 600 (tylko wtedy gdy zajecia były w Grudziądzu). W pierwszym semestrze miałem 16 zjazdów, w drugim 10-11, więc śmiem twierdzić, że napewno (pisze się razem czy osobno, bo nigdy nie pamiętam) przejechałem długość połowy równika.
W ciągu tego czasu (od ostatniego wpisu) wiele się wydarzyło. No cóż zawsze wydawało mi się, że jestem samotnikiem i mimo, że 70% mnie zostało przystosowane do radzenia sobie samemu, to jednak te 30% działające w grupie czasem porządnie daje się we znaki.
Dobrze, że chociaż od czasu do czasu mogę przytulić moją Gosię, bo inaczej ciężko by było ze mną...
To chyba na dzisiaj skończę....
Komentarze
Prześlij komentarz